Martin Kippenberger, Joseph Beuys, Piero Manzoni

Jeśli mógłbym prosić o odpowiedź na nurtujące pewnie wielu Polaków pytanie: co autor miał na myśli, co ma wpływ na to, że takie instalacje uzyskują takie ceny, to będę wdzięczny. Dyskusja zahaczyła również o Josepha Beuysa i jego masło na ścianie nie wspominając o Merda d’artistaPiera Manzoniego. Moja dziewczyna mówi o komunikacie – to jasne że za każdym takim działaniem idzie przekaz bardziej lub mniej zrozumiały, ale dlaczego puszka kupy jest warta 120 tys pln i jest nazwana sztuką?

Paweł Laufer: Szanowny Panie Piotrze, doskonale rozumiem Pańskie aporie, które i mnie swego czasu istotnie wiązały, wzbudzając  mieszane uczucia, a nawet, w szczytowej fazie, przyprawiły mnie o permanentny sceptycyzm poznawczy względem możliwości oceny dzieł sztuki i możliwości orzekania w ogóle co takim dziełem jest. Rozumiem też i wyobrażam sobie koloryt Pańskiego sporu z partnerką w tej jakże ulotnej materii. Mnie dyskusje takie pozbawiły wielu niecierpliwych znajomych, proszę więc o ostrożność i umiar. Zrazu zapewnię Pana, że spór ten nie zostanie rozstrzygnięty z tej prostej choć nieoczywistej przyczyny, że nie jest to w ogóle możliwe.
Zajmijmy się pierwszym z Pana pytań. Jak zauważa Pan wielu Polaków, być może na swoje nieszczęście zastanawia się co autor – Martin Kippenberger – miał na myśli tworząc „Kiedy zaczyna kapać z sufitu”. Manzoni odpowiedziałby z pewnością, że miał gówno na myśli, a przynajmniej mieć powinien, Beuys zaś obstawałby, że chodziło o gówno z masłem. Proszę wybaczyć język, ale używam go jedynie jako ilustracji klinicznej i tak proszę go odbierać. Być może Beuyes poszedłby dalej i powiedziałby, że dzieło nie wyraża w pełni zamysłu Kippenbergera, zamysłu, który w mniemaniu Beuyesa czai się w tym dziele i pragnie eksplodować, chce ekspresji, której dostąpić mogłoby, gdyby było pełnym ucieleśnieniem znaczenia tytułu dla niego właściwszego: „Kiedy gówno zaczyna kapać z sufitu”. Z masłem, rzecz jasna.
Celowo wiodę nas tym śmierdzącym wertepem, żeby uprzytomnić, jak chybotliwe i złudne w swojej niespożytej warianowości są sądy odbiorców, krytyków i samych artystów o konkretnych dziełach. Być może dostąpilibyśmy oświecenia i przyszłaby do nas ta wiedza o zamyśle Kippenbergera, jaki chciał zmaterializować w tym konkretnym dziele, gdyby tę widzę nam podarował i dzięki temu moglibyśmy też w jakiejś mierze ocenić na ile udało mu się uzgodnić materię z ideą, tym samym, pod tym kątem, moglibyśmy poznać tego dzieła częściową wartość. Ale nie będzie to możliwe, ponieważ zdani jesteśmy jedynie na siebie. Krytycy i estetycy już dawno nas zostawili na dworcu, z ostatnią kanapką w ręku. Nie załamujmy się jednak.
Nie istnieje jasne i ostre pojęcie krytyka sztuki, czy estetyka, takie jakim określać możemy działalność, kompetencje i przedmiot badania matematyka, hydraulika albo lekarza. Estetycy przyznają to bez uniku. Jedynym kryterium, jakim można mierzyć kompetencje krytyka i estetyka oraz ich warsztat z całym zapleczem narzędzi (metod, szkół interpretacji) jest ich dystynkcja i subtelność w oglądzie i ocenie. Tym lepszy krytyk i estetyk im bardziej subtelny. Tu źródło swoje mają problemy poznania dzieła sztuki.
Współczesna estetyka i krytyka sztuki na problem poznania i oceny dzieła znalazła jednak rozwiązanie. Aby się go pozbyć posłużono się metodą nienową. Zamiast włazić i dochodzić istoty rzeczy, której niedomiar poznania jest źródłem problemu, definiuje się ją tak, by problem zniknął. Oto swego czasu w świecie etyków rozwiązano problem, który rozsnuwał przed lekarzami wizję szpitali pełnych ludzi-warzyw. Zmieniono definicję śmierci, co pozwoliło łatwiej pozbywać się ich korpusów ze szpitalnych sal. Dalecy jesteśmy tu od ocen, to jedynie akademicki przykład. Otóż i estetycy i krytycy sztuki dokonali analogicznej wolty, raz, by oddalić ewentualne oskarżenia ich o niekompetencję, dwa, by wszyscy mieli więcej czasu na bankiety i wernisaże.
Tym rozwiązaniem stała się instytucjonalna definicja albo teoria dzieła sztuki Dickiego. W tym miejscu będę mógł odpowiedzieć na Pańskie drugie pytanie: co ma wpływ na to, że takie instalacje uzyskują takie ceny? Właśnie definicja Dickiego. Zgodnie z jego wykładnią, najprościej rzecz ujmując, dziełem sztuki jest to, co „instytucja” za takie uzna. Także „instytucja” decyduje o znaczeniu i wartości dzieła. „Instytucja” to nic innego, jak grupa wpływowych, opiniotwórczych osób, które – choćby nie wiem jak arbitralnie – wskazują i wynoszą na piedestał dzieło i artystę. „Instytucja” to także fama, jaka idzie za artystą i jego dziełem, wygenerowana np. przez media, lub przez wystawienie całkiem przeciętnego artysty w liczącej się galerii. „Instytucja” to także pieniądz, jaki bogacz jest w stanie wydać na zakup dzieła (im wyższa kwota za dzieło, tym  wartościowsze staje się ono w oczach ludzi), choćby nie wiem jak sztucznie, z pominięciem wszelkiej aksjologii i realnych walorów została stworzona marka tego dzieła (i artysty) przez wpływowych krytyków i wsparta medialną famą, by zatoczyć koło. Dzieło istnieje dziś na sposób pieniądza i języków narodów – jako konwencja, umowa społeczna. Umawiamy się na taką a nie inną jego wartość i na takie a nie inne jego znaczenie.
Wiele dzieł w tym kontekście to nic innego jak gówno w panierce – konwencji. Proponuję zawczasu pogodzić się z myślą, że może ono być i jest w cenie, i że jak raz ujrzy światło dzienne to już za Chiny nie wróci tam skąd wyszło.

inne tłumaczenia


Małgorzata Widomska
:

Sztuka jak i śmieci często zależy od kontekstu.



dodaj własne tłumaczenie