Oskar Dawicki: 10 000 PLN

Kilka lat temu Oskar Dawicki umieścił w Galerii Witryna instalację pt 10 000 PLN. Była to wymieniona w tytule kwota w gotówce położona na talerzu. Czy możecie mi państwo wytłumaczyć to dzieło sztuki?

Małgorzata Mokrzycka: To nie było prawdziwe dzieło. To był song protest artysty ironisty. Przyziemna prawda o tych 10 000 złotych, a konkretnie 100 stuzłotówkach położonych na talerzu jest tak, że owa kwota została przez galerię przeznaczona na dzieło, które dopiero miało powstać i być w niej eksponowane. Oskar Dawicki zanim je stworzył dowiedział się, że nie będzie miał 
gdzie go zaprezentować, bo galeria zostaje zlikwidowana. Ale może uznał, że taka kasa 
pokazana w ostatniej chwili życia galerii Witryna, skusi oglądających do prostych przeliczeń. Np. za tę sumę można sobie zamówić 50 nekrologów w codziennym wydaniu gazety, kupić 5 200 kilogramów ziemniaków, przejechać się 357 razy warszawskim metrem, pomyśleć, że to tylko nieco więcej niż miesięcznie inkasuje poseł zawodowy. Od tamtej chwili Oskar Dawicki jest starszy o 2,5 roku, a tamte 10 tysięcy dziś są warte około tysiąca mniej.

Karolina Breguła: 10 000 PLN to niemała kwota. Otrzymanie jej jest marzeniem wielu Polaków. Gdy galeria Witryna zaprosiła Oskara Dawickiego do współpracy, stanął on po raz kolejny w sytuacji, w której artysta staje często – musiał zaproponować dobre dzieło. To moment próby, moment, w którym  10 000 PLN jest warte mniej niż  umiejętność wygenerowania dziesięciu tysięcy złotych myśli. Właśnie o wartościowych myślach, ważniejszych dla artysty niż tysiące w gotówce, była praca Dawickiego. Czy zdecydował się on omówić ten problem publicznie z braku myśli czy z ich nadmiaru – tego nie jestem w stanie osądzić.

Paweł Marczewski: Działanie Oskara Dawickiego (bo trudno pewnie w tym przypadku mówić o pracy) interpretuję jako ironiczne powtórzenie gestu Marcela Duchampa. Skoro wszystko, co wstawimy do galerii, w społecznym odbiorze może stać się sztuką, to może współcześnie, kiedy mówiąc o świecie sztuki coraz częściej określamy go mianem „rynku”, wszystko, co wstawiamy do galerii, automatycznie zyskuje mniejszą lub większą wartość? „10 000” Dawickiego w moim odczuciu jest autosatyrą na „rynek sztuki”, w którym kolekcjonerzy czy kuratorzy mierzą wartość danego dzieła kwotą, którą ktoś jest za nie skłonny zapłacić. Skoro sztuka ma moc tworzenia wartości z niczego, tylko dzięki konwencjom i modom, to może dzieła sztuki jako obiekty są już w ogóle niepotrzebne?



dodaj własne tłumaczenie