Jessica Sue Layton

W Wysokich Obcasach (nr 44 z 6 list.2010) znalazłem tekst o Jessice Sue Layton, która przebywając w cudzych mieszkaniach, w każdym z nich coś zmienia, przestawia, a nawet wynosi drobne przedmioty by je potem na pchlim targu sprzedać. Wszystko to fotografuje i przedstawia jako sztukę. Czy to jest sztuka i o co jej chodzi?

Paweł Laufer: Drogi Panie,

Nie da się rozważyć osoby i działalności lub procederu uprawianego przez panią Jessicę Sue Layton, bez odwołania się do jej dość mrocznej, osnutej wieloma niejasnościami przeszłości. Dla szczątkowego chociażby rozjaśnienia sprawy, zajrzymy w przeszłość bohaterki, w okres skrzętnie przemilczany przez nią w wywiadach i artykułach, w czas, kiedy Jessica była nastolatką. Pikantnych szczegółów na ten temat dostarczają nam dziennikarze Washington Post – Dave Barry i Anton Shumylowych w artykule z 2009 r. „Żyjesz póki dymasz – byle co, byle sztuka. Artbiznes w Ameryce”. 2009 r. to właśnie okres, w którym Jessica i jej twórczość weszła do mainstreamu, spotykając się tym samym z zainteresowaniem mediów centralnych, a w konsekwencji tego, naturalną siłą spadku, pod lupę wzięto wszystko to, co lupy wymagało. Jak dowiadujemy się ze wspomnianego artykułu, nastoletniej Jessice towarzyszyły poważne problemy psychiczne, których podłożem były zaburzenia tożsamości z istotnym momentem zespołu urojeniowego o nachyleniu cyklofrenicznym. We fragmentach notatek z rozpoznania chorego, opublikowanych we wspomnianym artykule, prowadzący Jessicę dr Clorxon pisze: „[Pacjentka] już w wieku 10 lat zdradzała pierwsze objawy zachowań, mogących być zwiastunem późniejszych zaburzeń. Z relacji matki wynika, iż zdarzały się Jessice kilkudniowe, czasem trwające kilka tygodni okresy wzmożonych natręctw i manii, objawiających się w wypowiadanych z uczuciem lęku i powracających natarczywie pytań w rodzaju: „Czy gdybym mieszkała dzisiaj w powojennej Polsce, to czy byłabym abażurem?”, lub też często w tamtym okresie, niczym mantra, powtarzana strofa: „Nabrzmiały chrząszcz ciśnienia”. W innym z fragmentów czytamy: „Chora, podczas pobytu u dziadków wtargnęła do drewnianego kościółka, wyniosła z niego ruchome wyposażenie, następnie udekorowała pobliski skwer i przywołując imię Walpurgii, krzyczała (w esperanto), iż niesie wyzwolenie”. Gdzie indziej dowiadujemy się o: „skłonnościach do kradzieży, często o charakterze mimowolnym”. Stopniowo zdrowie Jessici pogarszało się. Apogeum stanu chorobowego przypadło na jej osiemnasty rok życia, kiedy to krótko po incydencie podczas szkolnego balu, gdzie całkowicie naga, pomalowana białą farbą, stała z jedną nogą uniesioną wysoko do góry, i twierdziła, że jest dziurą w zębie, ubezwłasnowolniono ją i umieszczono w oddziale zamkniętym.

I tu, myślę, będę mógł dostarczyć Panu niejakiej odpowiedzi na Pańskie pytanie, które – przypomnijmy – brzmiało: „Czy to jest sztuka i o co jej chodzi?”. Dr Clorxon w terapii Jessici zalecił metodę „swobodnych wyładowań”, polegającą ni mniej ni więcej, jak na bezpośrednim, nieskrępowanym i spontanicznym kanalizowaniu chorobowych skłonności. Stąd możemy z jakimś stopniem pewności stwierdzić, iż twórczość Jessici Sue Layton to barwny konglomerat manii, natręctw i kleptomanii z drobnohandlowym zacięciem.



dodaj własne tłumaczenie