Nan Goldin

o co właściwie chodzi z erotyką w fotogrfii Nan Goldin? O to żeby było estetycznie, okrutnie, czy o imitację domowej pornografii, czy jeszcze coś innego? mruja

Agata Diduszko-Zyglewska: Fotografie Nan Goldin to dzieło, które chce być całkowite. Nan Goldin fotografując swoich znajomych przez cały czas, podczas najbardziej intymnych czynności, a także w bezczynności, dąży do tego, żeby stać się narratorem przezroczystym, po prostu zapisującym życie. Chce być „boskim okiem” – tym, którego obecność poczuł chyba każdy kto dłubał w nosie lub onanizował się w pustym pomieszczeniu.

Pornografia to inscenizowane działania, które mają na celu wywoływanie podniecenia seksualnego u obserwatora. Goldin nie inscenizuje i nie chce podniecać – ona rejestruje to, co się dzieje, a więc pornografia odpada w tym wypadku jako pojęcie kompletnie nieadekwatne. Erotyzm jako pojęcie odnoszące się do jako takiej seksualności człowieka na poziomie psychicznym i fizycznym jest za to bardzo mocno obecny w jej fotografiach. Jest to erotyzm podany naturalistycznie bez filmowej mgiełki i obyczajowych filtrów. Zatem na pytanie: co to?, odpowiem tak jak odpowiedział bohater kultowej „Seksmisji”, niejaki Maksiu (Jerzy Stuhr): To życie!

Stefan Paruch: Porno nie wzrusza. W przeciwieństwie do prac Nan Golding, której fotografie dotykają. Niezwykłą sztuką jest zbliżyć się do osoby portretowanej i sfotografować ją w ekstremalnej sytuacji i nienaruszyć jej intymności. Niesamowite jest również to, że można pokazać siebie w bardzo osobistym skrajnym stanie psychicznym i nie zgorszyć. Nan Golding jest do bólu szczera i konsekwentna. Projekt fotograficzny przez lata układa się w emocjonalny pamiętnik, dziennik zdarzeń i notes pełen portretów osób spotkanych, których często już nie ma. [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Rzeźba Krzysztofa Krzysztofa w Krakowie

Jak donoszą media w nocy z niedzieli na poniedziałek w Krakowie na placu Marii Magdaleny zainstalowano sporych rozmiarów metalowy, czerwony piedestał, na którym stoi bliżej nieokreślona postać czyli rzeźba. Wśród żarliwie wrażliwych, znawców znawstwa, niedowładających władz i innych rozkrytyczonych krytyków panują niejasne przekonania i teorie dotyczące intencji inicjatora co obrazuje forum tuż pod zamieszczonym w wersji wirtualnej artykułem. Niezgodność krytyków należałoby rozstrzygnąć w odpowiedniej instytucji dlatego też ja wyżej wymieniony K. zwracam się z prośbą do BTS (Biuro Tłumaczeń Sztuki) celem rozstrzygnięcia sprawy. Deklaruje także iż nie popełniłem zaniechań wobec sztuki próbując odbierać ją archetypicznie, odnośnikowo, książkowo, szablonowo i w każdy inny sposób uściślający jej odbiór. Jako załącznik wysyłam artykuł opublikowany na łamach gazety wirtualnej a także krótkie objaśnienie. http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,8672346.html

Zaniechanie (ang. abort, abortion) —RODZAJ NAGŁEGO, WYMUSZONEGO CZYNNIKAMI ZEWNĘTRZNYMI LUB WEWNĘTRZNYMI ZAKOŃCZENIA WYKONYWANIA PROCESU . Może ono wynikać z inicjatywy użytkownika lub systemu operacyjnego. Przykładem konieczności zaniechania wykonywania programu może być np. martwa pętla, przekroczenie czasu oczekiwania na odpowiedź lub niemożność przydzielenia większej przestrzeni pamięci.

* niepotrzebne skreślić

Z poważaniem – K.

Joanna Erbel: Czy rzeźba może stanąć przeciwko rzeźbie? Czy jednemu pomnikowi może zagrozić inny pomnik? Praca Krzysztofa Krzysztofa postawiona na krakowskim pl. Marii Magdaleny pokazuje, że może. Nielegalnie postawiona rzeźba ma stanowić przeciwwagę, dla stojącego obok (również nielegalnie postawionego) pomnika Piotra Skargi. Silniejszą niż serie protestów czy oficjalne pisma. Jest wezwaniem do odpowiedzi na pytanie, czy Kościół ma prawo na specjalnych zasadach działać w przestrzeni miejskiej, zajmując ją omijając lub ignorując prawo. Co więcej, dzieło Krzysztofa nie posiada cokołu, a jedynie metalowy stelaż, więc z punktu widzenia prawa pomnikiem nie jest. Jest nieokreślonym obiektem, który – jak wiele instalacji w przestrzeni publicznej – trawia w lukę administracyjną. Artystyczny gest Krzysztofa można potraktować jako próbę rozpoczęcia dyskusji na temat statusu dzieła sztuki w przestrzeni miejskiej. [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Jessica Sue Layton

W Wysokich Obcasach (nr 44 z 6 list.2010) znalazłem tekst o Jessice Sue Layton, która przebywając w cudzych mieszkaniach, w każdym z nich coś zmienia, przestawia, a nawet wynosi drobne przedmioty by je potem na pchlim targu sprzedać. Wszystko to fotografuje i przedstawia jako sztukę. Czy to jest sztuka i o co jej chodzi?

Paweł Laufer: Drogi Panie,

Nie da się rozważyć osoby i działalności lub procederu uprawianego przez panią Jessicę Sue Layton, bez odwołania się do jej dość mrocznej, osnutej wieloma niejasnościami przeszłości. Dla szczątkowego chociażby rozjaśnienia sprawy, zajrzymy w przeszłość bohaterki, w okres skrzętnie przemilczany przez nią w wywiadach i artykułach, w czas, kiedy Jessica była nastolatką. Pikantnych szczegółów na ten temat dostarczają nam dziennikarze Washington Post – Dave Barry i Anton Shumylowych w artykule z 2009 r. „Żyjesz póki dymasz – byle co, byle sztuka. Artbiznes w Ameryce”. 2009 r. to właśnie okres, w którym Jessica i jej twórczość weszła do mainstreamu, spotykając się tym samym z zainteresowaniem mediów centralnych, a w konsekwencji tego, naturalną siłą spadku, pod lupę wzięto wszystko to, co lupy wymagało. Jak dowiadujemy się ze wspomnianego artykułu, nastoletniej Jessice towarzyszyły poważne problemy psychiczne, których podłożem były zaburzenia tożsamości z istotnym momentem zespołu urojeniowego o nachyleniu cyklofrenicznym. We fragmentach notatek z rozpoznania chorego, opublikowanych we wspomnianym artykule, prowadzący Jessicę dr Clorxon pisze: „[Pacjentka] już w wieku 10 lat zdradzała pierwsze objawy zachowań, mogących być zwiastunem późniejszych zaburzeń. Z relacji matki wynika, iż zdarzały się Jessice kilkudniowe, czasem trwające kilka tygodni okresy wzmożonych natręctw i manii, objawiających się w wypowiadanych z uczuciem lęku i powracających natarczywie pytań w rodzaju: „Czy gdybym mieszkała dzisiaj w powojennej Polsce, to czy byłabym abażurem?”, lub też często w tamtym okresie, niczym mantra, powtarzana strofa: „Nabrzmiały chrząszcz ciśnienia”. W innym z fragmentów czytamy: „Chora, podczas pobytu u dziadków wtargnęła do drewnianego kościółka, wyniosła z niego ruchome wyposażenie, następnie udekorowała pobliski skwer i przywołując imię Walpurgii, krzyczała (w esperanto), iż niesie wyzwolenie”. Gdzie indziej dowiadujemy się o: „skłonnościach do kradzieży, często o charakterze mimowolnym”. Stopniowo zdrowie Jessici pogarszało się. Apogeum stanu chorobowego przypadło na jej osiemnasty rok życia, kiedy to krótko po incydencie podczas szkolnego balu, gdzie całkowicie naga, pomalowana białą farbą, stała z jedną nogą uniesioną wysoko do góry, i twierdziła, że jest dziurą w zębie, ubezwłasnowolniono ją i umieszczono w oddziale zamkniętym.

I tu, myślę, będę mógł dostarczyć Panu niejakiej odpowiedzi na Pańskie pytanie, które – przypomnijmy – brzmiało: „Czy to jest sztuka i o co jej chodzi?”. Dr Clorxon w terapii Jessici zalecił metodę „swobodnych wyładowań”, polegającą ni mniej ni więcej, jak na bezpośrednim, nieskrępowanym i spontanicznym kanalizowaniu chorobowych skłonności. Stąd możemy z jakimś stopniem pewności stwierdzić, iż twórczość Jessici Sue Layton to barwny konglomerat manii, natręctw i kleptomanii z drobnohandlowym zacięciem. [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Conor Walton

Witam serdecznie, interesuję się kiczem, wśród artystów, którzy ostatnio wystawiali swe prace na Biennale Kiczu w Wenecji jest też Conor Walton. Przesyłam jeden z jego obrazów, który mnie interesuje. Będę wdzięczna za pomoc w jego interpretacji.

Cezary Żechowski: Rzeczywiście, znakomity przykład kiczu nie tylko w sztuce, ale również jako zjawiska psychologicznego. Obraz „The End” irlandzkiego artysty Conora Waltona w zamierzeniu autora ma być smutną refleksją nad przemijaniem świata, a ściślej nad rozpadem sztuki, nauki, historii i kultury. Dzieło ma przywoływać nostalgię, za tym co odeszło lub bezpowrotnie zostało zepsute przez współczesną „cywilizację śmierci”, którą symbolizuje trupia czaszka, plastikowa piłka z mapą polityczną świata, klepsydra i być może obraz „Płacząca kobieta” Picassa.

Całość pomimo historiozoficznych i profetycznych zmierzeń autora ma jednak wydźwięk groteskowy. Czaszka zezująca w stronę klepsydry zaraz obok piłki plażowej budzi raczej wesołość niż smutek, w dodatku trudno się oprzeć skojarzeniu, że zaraz po namalowaniu dzieła autor ze smakiem schrupał dwie dojrzałe gruszki ułożone wcześniej przemyślnie w kształcie znaku Tao. Praca jako całość sprawia wrażenie sztucznej, na pokaz i nieprawdziwej zarazem.

Dlaczego? Bywa tak na ogół wtedy, gdy autor chce zaprzeczyć temu co odczuwa i przeżywa naprawdę. Z jednej strony coś stara się ukryć, z drugiej staje się to jeszcze bardziej widoczne. Wydaje się zatem, że to co Walton stara się krytykować niesłychanie go nęci i pociąga, to czego wypiera się jest jednocześnie częścią niego samego. Bez wątpienia autor pożąda i pragnie, a jednocześnie przyjmuje pozę „to straszne, zepsute i złe”. Taki zabieg powoduje, iż sztuka staje się infantylna, metafory są uproszczone i naiwne, gdyż cała energia poświęcona jest na ukrywanie, a nie na badanie jakieś rzeczywistości. Przy okazji rozważań nad nerwica i perwersją Z. Freud pisał w następujący sposób „ …pod wpływem wychowania i wymogów społecznych dochodzi do stłumienia popędów perwersyjnych, ale przybiera ono taką formę, że właściwe nie mamy do czynienia ze stłumieniem, lecz raczej z czymś co możnaby określić mianem nieudanego stłumienia. Zahamowane popędy nie przejawiają się wówczas jako takie: na tym polega sukces – przejawiają się jednak na inne sposoby, które dla indywiduum są tak samo szkodliwe (…)”. I tak powstaje kicz, w którym nierozstrzygnięty pozostanie dylemat „dewocja czy dewiacja”. [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]