Martha Schwartz: Bagel Garden

Jestem architektem krajobrazu, interesuje się realizacjami tymczasowymi, efemerycznymi instalacjami artystycznymi w przestrzeni publicznej. Czy mógłbym poprosić o tłumaczenie dwóch dzieł: 1. Michael Landy (jeden z tzw „młodych angielskich artystów” Costermonger’s Stall, który był niegdyś wystawiany w Tate. http://www.artnet.com/magazine/news/holmes/holmes7-2-10.asp 2. Myśle, że ciekawe dla Was wyzwanie, bo to dzieło z pogranicza sztuki i ogrodnictwa: Martha Schwartz „Bagel Garden” (1979) http://www.marthaschwartz.com/projects/bagelgarden.html Jestem niezwykle ciekaw interpretacji i opinii… Pozdrawiam, Krzysiek Herman

Kasia Kazimierowska: To chyba marzenie każdego, kto kiedyś mylnie zrozumiał wyrażenie “gruszki na wierzbie”. Zamiast kwiatków – cukierki, zamiast roślinek ozdobnych – pyszności, które można dowoli zrywać. Taka fantazja o Raju Adama i Ewy, gdzie ogród pełen jest dobroci na wyciągnięcie ręki. Czy o tym myślała Martha Schwartz, “sadząc” bułeczki w swoim ogródku? Nie wiem. Ale ułożone w dziecięcy szlaczek bułeczki przypominają grę w klasy, jednocześnie prace ogrodowe nabierają zupełnie nowego znaczenia. Ogród tym samym wraca do swoich pierwotnych funkcji – dawniej sadziło się  w nim warzywa, owoce, teraz spełnia rolę ozdoby domu. A czemu nie połączyć, nawet symbolicznie, przyjemnego z pożytecznym? [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Michael Landy: Costermonger’s Stall

Jestem architektem krajobrazu, interesuje się realizacjami tymczasowymi, efemerycznymi instalacjami artystycznymi w przestrzeni publicznej. Czy mógłbym poprosić o tłumaczenie dwóch dzieł: 1. Michael Landy (jeden z tzw „młodych angielskich artystów” Costermonger’s Stall, który był niegdyś wystawiany w Tate. http://www.artnet.com/magazine/news/holmes/holmes7-2-10.asp 2. Myśle, że ciekawe dla Was wyzwanie, bo to dzieło z pogranicza sztuki i ogrodnictwa: Martha Schwartz „Bagel Garden” (1979) http://www.marthaschwartz.com/projects/bagelgarden.html
Jestem niezwykle ciekaw interpretacji i opinii… Pozdrawiam, Krzysiek Herman

Kasia Kazimierowska: Wyczuwam wyraźny brak zieleni, skoro tematy ogrodnicze dominują. To podobne założenie i połączenie dwóch słów: rynku i sztuki. Mam wrażenie, że to właśnie ta gra słów doprowadziła do tak pięknego i barwnego efektu. Rynek  – przynajmniej w języku angielskim (ale i polskim) odnosi się także do pola sztuki, sztuką w końcu się handluje. Dlaczego więc – skoro rynek, pojęcie tak banalne i wręcz “niskie” (no bo sprowadzone do banalnej i przyziemnej czynności kupna-sprzedaży) – można uwznioślić dodając do niego sztukę – dziedzinę lotów wyższych, to czemu tego nie odwrócić? Sprowadzamy wówczas sztukę do nizin prozy życia, na rynek, na ziemię, może tam też jest jej miejsce, jak ją umiejscowimy wśród pachnących kwiatów – a to też sztuka – sztuka układania bukietów – to może zyska wymiar bardziej, hm… ludzki? [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Czesław Mozil: Maszynka do świerkania

Witam. Nie mam pojęcia co Czesław Mozil chciał nam powiedzieć poprzez swój teledysk do piosenki „Maszynka do świerkania”. Bardzo proszę o pomoc. Pozdrawiam.

Przemysław Gulda: Teledysk Czesława Mozila, towarzyszący piosence „Maszynka do świerkania” opowiada o trudnym losie fotografa w czasach przed epoką paparazzich. O ile dziś fotoreporterzy, polujący na gwiazdy, wyczekujący czasem długie, nudne godziny przed ich domami, mogą narzekać na swój trudny los, o tyle praca ich odpowiedników przed kilkoma dekadami była naprawdę nie godna pozazdroszczenia. Mozil przekonuje o tym w każdej prawie sekwencji swojego wideoklipu, pokazując cały szereg trudnych zadań, z którymi musiał zmagać się fotograf gwiazd. Po pierwsze – nie panował wówczas dzisiejszy kult młodości i żeby zostać gwiazdą, trzeba było odsłużyć kilkadziesiąt lat na froncie walki o popularność. A więc ówczesny fotograf pokazany w teledysku musi zmagać się z fizycznymi słabościami ludzi bardzo wiekowych. Po drugie – rola paparazzi sprzed lat nie ograniczała się tylko i wyłącznie do naciśnięcia migawki – musiał służyć swoim klientom na wszelkie możliwe sposoby, choćby – co widać w jednej ze scen – podawać im do stołu. Na koniec wreszcie pozostaje trzecia niedogodność wykonywania tego zawodu w tamtych czasach: prymitywizm ówczesnego sprzętu fotograficznego, sprawiający, że fotograf musiał wykonać cały szereg nieznanych dzisiejszym fotoreporterom, posługującym się najnowocześniejszymi, elektronicznymi urządzeniami – znakomitym symbolem tej sfery zawodowego życia fotografa z epoki jest powtarzająca się w teledysku kilka razy scena nakręcania korbki, przesuwającej błonę filmową.

Biorąc to wszystko pod uwagę – sugeruje autor teledysku – paparazzi sprzed lat musiał się czuć, jakby to na jego barkach spoczywał los świata. Znakomitą metaforą tego przekonania jest ostatnia scena, w której figurka fotografa zmuszona jest nawet do wykonania tak poważnego i wymagającego zadania, jakim jest zgaszenie słońca na noc. To mówi chyba wszystko o tym, jak ciężki był los ówczesnego fotografa. [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]

Sztuka

Ostatnio na budowie natknąłem się na ta perełkę – od razu wyczułem ze to nie jest byle brudna szmata a kawal Sztuki.

Ewelina Jarosz: Zaiste trafna intuicja! Z pełną świadomością profilu Biura Tłumaczeń Sztuki – wymogu niekanonicznego tłumaczenia -  na myśl przychodzi mi osoba krytycznie nastawiona do historii sztuki jako dyscypliny naukowej, punktująca jej ograniczenia, twórca nauki o obrazie inspirowanej psychoanalizą – George Didi-Huberman – a konkretnie jego studium o freskach Fra Angelico z klasztoru dominikanów w San Marco. Spacerując po klasztornym korytarzu natknął się on na fragment fresku, który “wymykał się” tradycyjnym praktykom historyków sztuki, najogólniej rzecz ujmując, dotyczącym wymogu wiedzy. Fragment fresku nie prezentował żadnego specyficznego przedstawienia, figury, ikonograficznego motywu, a jednak nakropiony farbą nie wiodąc do czytelnej reprezentacji – do widzianego, do wiedzy – dla autora okazał się on jednak specyficzny w odniesieniu do sfery wizualności. Technika, jaką wykonany został fresk z odległej epoki oraz efekt jaki wywoływał, skojarzył go Didi-Hubermanowi z techniką “drip and splatter” Jacksona Pollocka, pokazując jak intrygujące potrafi być spotkanie z obrazami, jak przerywać może ono chronologiczny łańcuch ukuty przez badaczy sztuki, gdy bardziej chcą oni coś wiedzieć niż widzieć.  A teraz idzie Pan po budowie i  natyka się na kawałek brudnej szmaty. Być może spaceruje Pan, rozgląda się po budowie, której nadzoruje, być może ta szmata będzie panu potrzebna, bo jest Pan pracownikiem budowlanym, być może przechodził Pan tylko przez obszar należący do budowy i oto natknął się na coś, co natychmiast skojarzyło się Panu ze sztuką, nabrało jakiegoś dodatkowego znaczenia, czy przedstawione zostało w żartobliwy sposób…bo w Pana zamówieniu odczytuję pewną ambiwalencję, która nam daje do myślenia. Z jednej strony nie ma Pan wątpliwości, że jest to “kawał sztuki”, z drugiej tak sformułowane zamówienie zawiera krytyczny potencjał: czy wszystko może być dzisiaj sztuką? czy jak zaniosę tę szmatę do galerii, to będzie ona uznana za sztukę? A jeśli tak, to na jakich warunkach? Wreszcie najtrudniejsze pytanie osób, dla których obrazy nie są obojętne: co to jest obraz? I mnie ta szmata nie daje spokoju, muszę przyznać. Skąd mogę wiedzieć, czy jest to szmata z budowy, czy praca współczesnego/nej artysty/ki. To, co mam do dyspozycji, to obraz, który intensywnie sugeruje mi swą materialność. Ale pójdę za tym budowlanym tropem. Faktycznie, jakby czerwona tkanina z warstwami bieli i szarości zasłania kawałek muru – dwie czerwone plamy po prawej stronie, jedna przy drugiej sugerują kształt cegły (w tym obszarze widać zagięcia tkaniny); albo zakrywała fragment podłogi – obraz-tkanina został podeptany, widać jasne ślady obuwia. Lecz jeśli mówię o materialności obrazu i o kompozycji, którą ta szmata oferuje, rzecz się jeszcze bardziej komplikuje…Ostatnio mało bywam na budowie, dużo za to chodzę po wielkich muzeach. Nadesłane zdjęcie – bo przecież mamy tu do czynienia i z obrazem fotograficznym – natychmiast skojarzyło mi się ze sztuką Marka Rothki, zarówno ze względu na dwie prostokątne, nasycone czerwienią formy pozbawione ostrych konturów, zawieszone w polu obrazu, jaki i warstwy szarości i bieli rozprowadzone wokół nich, rozwarstwiające powierzchnie szmaty-obrazu, komplikujące ją malarskimi efektami, oferujące kształty i zgęstnienia materialności, obrazowe jakości przypominające chmury. Możemy patrzeć na kawałek szmaty jak na przestrzeń otwierającej się wizualności, gdzie wciąż coś jeszcze, o czym jeszcze/już nie wiemy, można zobaczyć – w zastygłej zaprawie budowlanej.  I wreszcie ktoś, być może Pan, przeszedł się po szmacie, “brudząc” obraz, który mamy przed oczami. To również jest w stanie powiedzieć nam coś o jego naturze. Szmata, poprzez te przypadkowe gesty ludzkiej ingerencji, mniej i bardziej wyraźne ślady obuwia,  staje się przykładem nieczystej wizualności, starannie zaciera też różnicę między profesjonalnym i nieprofesjonalnym dziełem sztuki; Dla Abstrakcyjnych Ekspresjonistów ważny był ślad pędzla jako znak możliwości przełożenia niepowtarzalnej osobowości twórcy na powierzchnię płótna. Tu mamy inny model znaczenia – jego efektywność bazuje na zaludnieniu szmaty anonimowymi odciskami obutych stóp. Dostrzegam co najmniej dwa rodzaje podeszw. “Obuwie” to nie jest jak z obrazu van Gogha, nie tak łatwo je spersonifikować. Choć za pewne jest to możliwe, w grę wchodzi raczej pewna kolektywna konstelacja, oferująca szmatę-obraz przypadkowym podmuchom sensu i je dowartościowuje. Nie mogę już jednoznacznie rozstrzygnąć o naturze obrazu, ani opowiedzieć się po stronie nic nie znaczącej szmaty. I ja mam żart na koniec, ponieważ wolałabym zrezygnować z konkluzji, pozostawiając autorowi zdjęcia pole do snucia własnych interpretacji: aspiracja obrazu do szmaty, obraz który jest szmatą, wkład szmaty dla rozumienia procesów patrzenia na obrazy i kilka innych zagadnień, które starałam się poruszyć w tym tłumaczeniu – wszystko to sprawia, że zasypiają mi stopy… [czytaj więcej]

[dodaj własne tłumaczenie]